Minęły wieki odkąd opublikowałam tu ostatni post. Tak wiele wydarzyło się w moim życiu od tamtej pory. Zdążyłam od ostatniego wpisu poukładac sobie wszystko, to czarne, to białe, ja zawsze zabiegana, ale zawsze szczęśliwa. Niemniej, dziś przywiodła mnie tutaj szarość, która wkradła się do mojego życia. A raczej chaos. Nowy rok przyniósł mi liczne pułapki, puzzle mi się rozsypały i męczę się w układaniu ich. Zorganizowana, ambitna, zawsze do przodu, z mocnym postanowieniem poprawy parłam przed szereg, zdobywałam satysfakcję i laury. Ostatnio chaotycznie realizuję powierzane mi jak dawniej liczne zadania, zapominam, olewam, odkładam, popełniam błędy i macham na to wszystko ręką. A to ostatnie jest najgorsze. Kiedyś nie potrafiłam przejść na swoimi słabościami, upadkami i innymi potknięciami, ot tak po prostu, do porządku dziennego. Sumienie maltretowało mnie co noc, aż w końcu zmieniałam swoje życie i znów poukładana biegłam na przód. Tymczasem teraz akceptuję taki stan rzeczy, nie wyszło-trudno-każdemu mogło się zdarzyć. Zrobiłam coś złego-oj tam-każdemu się zdarza. Odłożyłam na później-ojejku-będzie czas, żeby to zrobić. I tak można by długo wymieniać. No co się ze mną do cholery stało? Czy na prawdę chcę dążenie do poprawy mojej jakości odłożyć na później albo po prostu na półkę? Kiedyś mi zależało, żeby być lepszą osobą, lepszym człowiekiem. Nie lepszym od innych. Lepszym od siebie. A dziś po prostu macham znów ręką. Przecież chcę się rozwinąć, chcę być szczęśliwa. Bo ta satysfakcja z siebie, ze zrealizowanych planów dawała mi zawsze radość. A ostatnio robię niezbędne minimum. I chyba nie jestem do końca szczęśliwa.